WITAMY W SERWISIE

"Zapomnianym przez wielu, przez nielicznych wspominanym." Płynący czas nieubłaganie zaciera pamięć o tych, którzy w tamtym czasie walcząc o ocalenie - przegrali. Oddzieleni od swych rodzin, nierozumiejący szaleństwa i zezwierzęcenia jakiego byli świadkiem, często spoglądają na nas ze starych fotografii, pragnąc zachować się w naszej pamięci. To właśnie z myślą o nich powstała ta strona - pomnik, by nikt i nigdy o nich nie zapomniał.

Pacyfik / The Pacific Odc. IV



        Powracamy po dłuższej przerwie do naszych bohaterów, walczących mężnie na Pacyfiku z hordami wrogo nastawionych mieszkańców pewnego azjatyckiego państwa. Choć serial, emitowany przez HBO, zakończył już swą działalność na tymże kanale, należy bezsprzecznie spodziewać się, w niedługim czasie, wydania tego wiekopomnego dzieła na DVD, tudzież na nośniku Blu-Ray. Tak więc dla tych, którzy serii jeszcze nie widzieli, a jako szanujący się pasjonaci II wojny światowej, powinni zobaczyć, krótki opis tego, co działo się w następnym z kolei odcinku. Po dość długo ciągnącej się części, oznaczonej numerem przeznaczonym dla najniższego stopnia podium, witamy się z naszymi bohaterami na miodem nie płynącej i dość nieprzyjemnej zapachowo wyspie – bazie, gdzie do starych frontowych wyjadaczy dołącza świeże mięso armatnie, w postaci nieopierzonych młokosów, którym dopiero przyjdzie powąchać prochu. Wśród żółtodziobów uważny widz znajdzie postać opisaną przez siebie samą w autobiograficznej książce pt. „Piekło Pacyfiku”, autorstwa E. Sledga. Oczywiście nazwisko to nic nam nie będzie mówić, jeśli lektura nie jest nam znana. W skrócie, nasz dzielny operator moździerza, dokładnie ładowniczy, wkrótce wyruszy śladem swoich kolegów w desancie na pewną niedużą, lecz nieprzyjemną z wyglądu, pogody i mieszkańców, wysepkę. Tam, wśród wybuchu pocisków, świstu kul karabinowych i jęku rannych, przeistoczy się z bogobojnego, patrzącego naiwnie na świat przez okulary młodzieńczych ideałów chłopaka, w maszynę, która będzie oprócz przeżycia, musiała jeszcze walczyć o siebie.

  

        Najtrudniej wyobrazić nam sobie, co czuje taki młodziak, rzucony w wir wojny, głodny chwały i czynów bohaterskich. Okazuje się, że bardzo szybko powody jakimi kierował się ów młody człowiek, kierując swe chwiejne jeszcze kroki ku zaszczytnej służbie dla kraju, konfrontują się z wojenną rzeczywistością. W której nie ma wcale miejsca dla bohaterskich czynów, która za nic ma poświęcenie i heroizm ludzi, gotowych w niej żyć i umierać. Wkrótce i „Sledgehammer”, niepalący i głęboko wierzący młody chłopak, stwierdzi, że owszem, do obowiązków należy walka za swój kraj, kiedy ten tego potrzebuje, ale jednocześnie dojdzie do przerażającej konkluzji, że zgłoszenie się na ochotnika jest porównywalne z całowaniem niedźwiedzia w pewną część ciała, zupełnie się do tego nie nadającą. Przyjemność żadna, a ryzyko utraty życia ogromne. No, ale do takich spóźnionych przemyśleń dochodzi często już na miejscu, gdzie nijak nie można się wykręcić od walki. Oglądając czwartą część dzieła, stworzoną pod bacznym okiem Hanksa i Spielberga, widzimy przerażająco mocno, najgorszą rzecz jaka może człowieka spotkać. Upadek – rozumiany w kontekście zabicia w sobie istoty ludzkiej, zdolnej kochać, współczuć i ogólnie potrafiącej czynić dobro. Wojna jest najsroższym nauczycielem, jak i również w swych naukach najskuteczniejszym. Także siedząc z zachwytem wymalowanym na naszych rumianych licach, miejmy nadzieję na uniknięcie jej wrogiego spojrzenia skierowanego w naszą stronę. Nigdy nie wiadomo, kiedy może zadzwonić dzwonek na tą wielce niechcianą lekcję…


Piotr Kocoń