WITAMY W SERWISIE

"Zapomnianym przez wielu, przez nielicznych wspominanym." Płynący czas nieubłaganie zaciera pamięć o tych, którzy w tamtym czasie walcząc o ocalenie - przegrali. Oddzieleni od swych rodzin, nierozumiejący szaleństwa i zezwierzęcenia jakiego byli świadkiem, często spoglądają na nas ze starych fotografii, pragnąc zachować się w naszej pamięci. To właśnie z myślą o nich powstała ta strona - pomnik, by nikt i nigdy o nich nie zapomniał.

Śmiertelna misja / Mission to Death



        Są filmy, które zachowują się jak zombie – jedzą mózgi. Zbyt duża ich ilość może zaowocować tym, że, z niegdyś błyskotliwego człowieka, może się zrobić coś na kształt kawałka brukwi, siedzącej przed telewizorem z wyrazem twarzy ukazującym bezkres pustki i nie skażoną najmniejszą nawet refleksją, gdyż jak wiadomo brukiew w rankingu najbardziej inteligentnych rzeczy na świecie, zajmuje odległe miejsce. Ale, jeśli podejdziemy do tematu ostrożnie, dozując sobie takiego zjadacza mózgów raz na jakiś czas, to jesteśmy absolutnie bezpieczni, a widmo brukwi pozostanie jeno widmem. Ba, często nawet seans takiego filmu może mieć dla nas wręcz zbawienne skutki, gdyż zje tylko głupie myśli w naszych głowach, nie tykając tego co dobre i mądre. Odgłupiacz jest bardzo potrzebny w czasach, kiedy głupota nieskrępowana wychodzi na ulicę i bezwstydnie śmieje się do nas na każdym kroku. Ech, czasem myślę, że jestem zbyt okrutny dla niektórych filmów, wszak każden z nich zasługuje na choćby gram szacunku. Wiadomo, reżyser może odwalić pańszczyznę, ale chociażby aktor, który dostał rolę tylko w tym filmie, czy to pierwszą czy ostatnią, chociażby mu miało wszystko popuścić nie da się i odwali dobrą robotę. Film może być bezdennie głupi, ale nie wierzę, że wszyscy zamieszani w jego powstanie, wykazywali się lekceważącym doń podejściem.

        Tak jest i ze „Śmiertelną misją”, filmem nie wyróżniającym się absolutnie niczym. Właściwie to powinien dostać Oscara, bo film który tak doskonale wpisuje się w definicję przeciętności powinien zostać dostrzeżony. Tylko wtedy niestety nie byłby już przeciętny. Tak więc co my tu mamy na tym naszym talerzu? Spoglądając na tytuł w duchu zacieramy ręce i szykujemy się na jakieś niesamowite aj-waj, na coś tak nieprawdopodobnego i niebezpiecznego, że aż więdną uszy i mgli się wzrok. Bo oto pluton jankesów dostaje misję likwidacji radaru, mieszczącego się gdzieś za linią wroga. Ma to umożliwić jakiś szczególnie ważny nalot, ale o tym dowiedzieć się idzie tylko z lektury opisu na okładce. Chwała temu, kto zdoła to wydedukować w trakcie seansu. Tak więc zadanie, jak każde inne. Przedzierają się zatem zacni żołnierze alianccy przez zarośla i lasy kraju słynącego z win, serów i najlepszych kasztanów i zadanie swe wnet kończą sukcesem. I tu się przestraszyłem, że może to być koniec filmu i owa śmiertelna misja dobiegła końca. Merde! – zakrzyknąłem w języku mieszkańców ogarniętego akcją kraju. Nic z tych rzeczy, gdy już nasi dzielni wojacy szykują się do odjazdu, dowiadujemy się, że sami wcale nie byli, a radar nie był jeden. I przeżyliby wszyscy gdyby przyjęli ten fakt wzruszeniem ramion. A razem ze wzruszeniem ramion okryliby się również hańbą i przylepiłaby się do nich łatka tchórzy, których nie obchodzi los rodaków. Dlatego, świadomi tak okropnych konsekwencji, ruszają z powrotem na teren zajmowany przez wielkiego czarnego orła i wtedy zaczynają się schody.

        Założę się o emeryturę mojej babci, że nikt z was nie podskoczył i nie zakrzyknął zaskoczony : O jejku!. Jeżeli mimo wszystko taki osobnik się znalazł, to jestem bardzo ciekaw, czy nie zaczął przypominać czasem brukwi… Tysiące filmów podpisuje się właśnie taką fabułą i spełnia specyficzną rolę zapychacza, gdy przyjdą nielubiani znajomi, lub gdy jesteśmy już tak uzależnieni od teleomamiacza, że musi w nim coś lecieć 24 godziny na dobę. I jest nam zupełnie obojętnie co. Czy w tej niechlubnej grupie znajdzie się miejsce dla dziełka Richardsona? Moim skromnym zdaniem jest ku temu kilka przesłanek, mianowicie owy brak zaskakującej fabuły – scenarzysta dał ciała. Zdjęcia i reżyseria również nie są na poziomie powodującym rumień na twarzy – co daje nam wniosek, że i owi panowie poddali się wstydliwej czynności, jaką jest danie ciała. Szukając plusów, którym udało się przesłonić minusy, widz dociera w końcu do gry aktorów. Znajduje iskrę nadziei, bo w tym temacie akurat nie dało się zrobić nic więcej ponad to, co zaprezentowali Jim Brewer i spółka. Przynajmniej oni przyłożyli się do roboty i z deczka wyszli poza przeciętność.

        Takich etatowych zjadaczy mózgów, jak „Śmiertelna misja” są tysiące. Polują na nas w starych wypożyczalniach, straszą nas z półek sklepowych i na kanałach telewizyjnych wszelkiej maści w godzinach, kiedy grzeczne dzieci śpią, a niegrzeczne grzeszą. Cały czas polują i czasem uda im się osaczyć bezbronna ofiarę i dokonać konsumpcji organu mieszkającego w czaszce. W przypadku „Śmiertelnej misji” mamy szanse ujść cało z zasadzki, bo wbrew pozorom, wybija się ponad inne „zombie filmy” właśnie ową przeciętnością. Nie zrobi z nas wiejskiego głupka z irlandzkiej opowieści, ani nie rozwinie nadprzeciętnie. Jest szarym szaraczkiem, zapomnianym nieco, któremu raz na jakiś czas uda się wyświetlić na ekranie telewizora. Dlatego nie bądźmy bezlitośni i mściwi i nie skazujmy go na wieczne potępienie. Każdy z nas potrzebuje czasem takiego „pustoszyciela umysłów” i każdemu z nas, wyjdzie na dobre takiemu spustoszeniu się poddać. Przy okazji dowiecie się. czy naszym bohaterom udała się ich śmiertelna misja…


Produkcja : USA

Rok produkcji : 1966

Gatunek : Wojenny

Reżyser : Kenneth W. Richardson

Obsada : Jim Brewer, James E. McLarty, Jim Westbrook, Robert Stolper, Dudley Hafner, Cy Folmer, Ernest Hazlewood, Jeff Thompson, Jerry Green

Dystrybutor : Demel

Gdzie kupić :


Piotr Kocoń