WITAMY W SERWISIE

"Zapomnianym przez wielu, przez nielicznych wspominanym." Płynący czas nieubłaganie zaciera pamięć o tych, którzy w tamtym czasie walcząc o ocalenie - przegrali. Oddzieleni od swych rodzin, nierozumiejący szaleństwa i zezwierzęcenia jakiego byli świadkiem, często spoglądają na nas ze starych fotografii, pragnąc zachować się w naszej pamięci. To właśnie z myślą o nich powstała ta strona - pomnik, by nikt i nigdy o nich nie zapomniał.

Wielka czerwona jedynka / The Big Red One



        Od kiedy człowiek postanowił wyjść z jaskini, znudzony widokiem czterech ścian i jedzeniem nietoperzy, zaczął się wielki krok ewolucyjny, którego skutki obserwujemy do dziś. Jako że mamuta trudniej upolować od nietoperza, w rękach dzielnego jaskiniowca wnet pojawiła się maczuga, którą z powodzeniem wykorzystywał na polowaniach. Jednak pewnego dnia stwierdził, że narzędzie to jest również niezmiernie przydatne do walenia po głowie sąsiada z jaskini obok i w ten sposób kawałek konara stał się bronią. Bronią, która z czasem ewoluowała w miecz, a później w karabin. Od kiedy wybuchł pierwszy konflikt miedzy osobnikami homo sapiens, do głosu dostał się również przypadek, kierujący losami wojujących nacji. I tak legenda głosi, że „wielki” wzrostem Napoleon, przegrał bitwę pod Waterloo z powodu hemoroidów, które opanowały pewną część jego zacnego ciała i z tego powodu bitwę obserwował z poziomu trawy, a nie grzbietu wiernej chabety. Jak się to skończyło, wiemy sami doskonale. Podobną historią pochwalić się może tytułowa „Czerwona Jedynka”, czyli Pierwsza Dywizja Piechoty. Jedną z anegdot, opowiadających historię emblematu jest ta, która mówi, że osławiona jedynka została wycięta z gatek pewnego generała, które akurat miały tego dnia, kolor czerwony. Czy była to prawda czy nie, tego już nie rozstrzygniemy, pewne natomiast jest to, że ta „gatkowa” jedynka zapisała historię tysięcy młodych chłopaków, mających zaszczyt nosić ją na swoich ramionach…

        Jednym z tych chłopaków był Samuel Fuller, człowiek, który przetoczył się przez praktycznie wszystkie ważne kampanie II wojny światowej, począwszy od gorących piasków pustyni, po ardeńską zimową zawieruchę. Nosił na swoim ramieniu czerwoną jedynkę, która czy tego chciał czy nie, zapewniała mu miejsce w pierwszym rzędzie w tym wojennym teatrze. Historia tej zasłużonej dywizji czekała cierpliwie na swoją szansę ukazania się szerszej publiczności aż do roku 1978, kiedy to Fuller miał szansę stworzyć to, co nie dawało mu spokoju od wielu lat. Powstało dzieło wybitne, swoisty dziennik tego, czym jest wojna, z całym jej bagażem okrucieństw, przemocy, braterstwa i odwagi. Wszystkie te sprzeczne emocje na froncie łączyły się w jedno, spajając ludzi rzuconych w ich wir, w najsilniejsze więzy przyjaźni i koleżeństwa jakie zna świat. Szkoda tylko, że żeby je wykształcić potrzebny był karabin i śmierć drugiego człowieka…

  

        Idąc schematem utartym przez wielu filmowych krytyków, powinienem poświęcić teraz więcej czasu i jeszcze więcej miejsca na aspekty techniczne filmu, poczynając od sposobu trzymania kamery, a kończąc na opisie przycisku, którym montażysta zakończył swoją pracę i palca którym ten przycisk przycisnąć raczył. Jako że nie trawię schematów, traktując je jak więzy pętające moją wyobraźnie, powiem stanowcze „nie” takiemu obrotowi sprawy. Powtórzę to po hiszpańsku – NIE. Nie zabiję Ci drogi czytelniku przyjemności, jaka Cię czeka po włączeniu przycisku play na odtwarzaczu. Powiem za to o czymś innym. O tym, co stanowi największą nagrodę dla twórcy dzieła. Nie jest to Oscar, Złota Kaczka, Malina czy statuetka kicającego królika. Największą nagrodą, upatrywaną z tęsknotą, jest zachwyt widza i jego uczucia po seansie. Czy był poruszony? Wzruszony czy zagniewany? Czy wyszedł zamyślony, czy jeno rozeźlony na Pana Reżysera, który spartolił mu wieczór? Idąc więc tym tropem, moje odczucia jako jednostkowego widza i założę się, że w tych odczuciach nie jestem osamotniony, są śpiewem na duszy Samuela Fullera. Tym bardziej, że teraz patrząc na nas z miejsca do którego po śmierci idą słynni reżyserzy, ma o wiele szerszy pogląd na swoje filmowe „dziatki”. Oglądając ten przerażająco piękny obraz wojny, żołnierskiego poświęcenia, parszywej śmierci w błocie, bezimiennych krzyży i morza wylanych łez, wpadłem w szczególny nastrój. Nastrój, który z jednej strony nakazywał mi zachwyt nad kunsztem tego, co było mi przekazywane poprzez srebrnego złodzieja czasu, a z drugiej strony zmuszał mnie do zastanowienia się nad tym, czego ten zachwyt dotyczyć miałby. Jeden z najbardziej ponurych okresów, oprócz śmierci jaką niósł, przyczynił się również do narodzin pięknych obrazów, dzięki którym „prawdziwa chwała wojny przetrwała”. Obserwując perypetię chłopaków z Pierwszej Drużyny Pierwszego Plutonu Pierwszej Dywizji, którzy codziennie sprawdzali cierpliwość kostuchy, codziennie stawiali się na polu walki i niczym małe koźlątka, namawiane przez nieco starsze koziołki łaskotali tyranozaura w jądra, czujemy specyficzną więź z tymi dzielnymi ludźmi. Jednocześnie zdajemy sobie sprawę z tego, że mimo wszystko ci, którzy przetrwali wojnę, nie wrócili do domów tacy sami. Ich dusze zostały na zawsze na ciemnych polach Walhalli, krzątając się w poszukiwaniu upragnionego spokoju…

        Wszystko to możliwe było dzięki temu, że ludzie odpowiedzialni za stworzenie tego obrazu mieli styczność z bożym palcem. Lee Marvin, którego od zawsze pamiętam jako dobrotliwego, siwego dziadka zagrał chyba rolę swego życia. Kojarzący się przede wszystkim z „Parszywą dwunastką” aktor, zagrał tak wybitnie, że padłem przed majestatem jego gry na kolana. Marvin był z pokolenia, które potrafiło grać i przekazywać niesamowite emocje również wtedy, kiedy nie musieli nic mówić. Sama jego obecność w kadrze, wzrok utkwiony w dali, powodował u widza gęsią skórkę. Idealny człowiek do idealnej roli, który skradł tak naprawdę cały ten film. W jego cieniu, lecz równie świetnie, zaprezentowali się aktorzy młodego wtedy pokolenia, których kariery dopiero wspinały się na szczyt aktorskiego kunsztu. Tworząc w ten sposób obraz oddziału, który przetrwał dzięki jedynej pewnej rzeczy na wojnie. Dzięki szczęściu, które w tym krwawym okrutnym okresie było jedynym krupierem, rozdającym karty życia i śmierci…


Produkcja : USA

Rok produkcji : 1980

Gatunek : Arcydzieło wojenne

Reżyser : Samuel Fuller

Obsada : Lee Marvin, Mark Hamill, Robert Carradine, Bobby Di Cicco, Kelly Ward, Siegfried Rauch, Stephane Audran

Dystrybutor : Galapagos


Piotr Kocoń