WITAMY W SERWISIE

"Zapomnianym przez wielu, przez nielicznych wspominanym." Płynący czas nieubłaganie zaciera pamięć o tych, którzy w tamtym czasie walcząc o ocalenie - przegrali. Oddzieleni od swych rodzin, nierozumiejący szaleństwa i zezwierzęcenia jakiego byli świadkiem, często spoglądają na nas ze starych fotografii, pragnąc zachować się w naszej pamięci. To właśnie z myślą o nich powstała ta strona - pomnik, by nikt i nigdy o nich nie zapomniał.

Podziemny świat Gór Sowich



        Prawdziwa wojna, wbrew obiegowym opiniom wszelkich czytadeł i filmideł, pod względem ładu i porządku przypomina płonący burdel. I jak to w takich przypadkach często bywa, wiele rzeczy ciekawych, niewiarygodnych i jeżących włos na głowie stać się może. W tym konkretnym przypadku sprawa dotyczy hitlerowskiej „Morii”, która po dziś dzień skutecznie skrywa swoje tajemnice przed oczyma ciekawskich historyków i amatorów teorii spiskowych. Stojąc i patrząc w mieniące się szczyty masywu Gór Sowich, zadają sobie nieustannie pytanie – co oni, na ryżą brodę starego Rhundurina, budowali w tych górach? Kwaterę swojego wodza, podziemne miasto nieustającego szczęścia, w którym oficjele z gapą w klapach marynarki mogliby bezpiecznie funkcjonować? Wielkie fabryki zbrojeniowe, gotowe wypluć ze swych trzewi warczące, dymiące maszyny śmierci, śmierci nowoczesnej, która kosę zamieniła na sztukasa? Czy może jeszcze bardziej tajemniczo, nieprawdopodobnie i absurdalnie? Może to tu miał powstawać atomowy anioł zniszczenia, który niewątpliwie zamienił by nasz nieszczęsny glob w dymiącą kupkę popiołu? Lub może trzymano tu jakimś cudem schwytanych nieostrożnych ufoludków, którzy dali się zwieść goebbelsowskiej propagandzie? Sprawa podziemnych korytarzy i hal wykutych w Górach Sowich wydaje się być bardziej egzotyczna i zakręcona niż urząd pocztowy na Mauritiusie i nic nie wskazuje na to, by w najbliższych dniach stan rzeczy uległ diametralnej zmianie. Czyżby komuś zależało na tym, by sprawa ta pozostała w końcu raz na zawsze zapomniana?

         Ahhh, uwielbiam tego typu gdybania, sprawiają one, że człowiek pisze najwspanialsze scenariusze dotyczące tychże wydarzeń, z reżyserią których nie poradziłby sobie nawet sam Pasikowski. I chyba tylko dzięki garstce zapaleńców, którzy mają konwenanse tam, gdzie słońce nie zagląda, co jakiś czas na światło dzienne wypływają nowinki i fakty burzące równowagę kolosa o imieniu „Riese”. Krótko o tym co, z czym i dlaczego. „Riese” jest kryptonimem wielkiego kompleksu powstającego w Górach Sowich w latach 1943-45, który to kompleks drążony i budowany był rękoma więźniów pobliskich obozów koncentracyjnych i jenieckich, dla których praca przy nim była często ostatnią wykonywaną w ich życiu. I o tym należy pamiętać mówiąc i zgłębiając tajemnice „Olbrzyma” – obojętnie czym by on nie był, jedno jest pewne – na pewno jest ogromnym grobowcem tych, którzy polegli przy jego budowie. Ten budzący nieokreślone uczucie lęku obszar rozpala gorączkę poszukiwawczą do czerwoności. Przy odrobinie wyobraźni, przed oczyma naszymi zaczną przesuwać się obrazy zgoła fantastyczne. Czy w miejscu, w którym aktualnie stoję, znajdują się jeszcze jakieś nieznane korytarze? Czy w tej kupce kamieni kryje się coś więcej, niż kupka kamieni? Czy to drzewo aby na pewno rosło w tym miejscu jeszcze kilka lat temu? Czy tajemniczy, głuchy telefon, jaki otrzymałem w poprzednim tygodniu, nie był wykonany przez kogoś z Wehrwolfu?

        Autorzy tej pozycji, biorąc na siebie rolę przewodników, oprowadzają nas po tajemniczym świecie sztolni, budynków o nieznanym przeznaczeniu, torach i drogach prowadzących do nikąd oraz ludziach, którzy nie chcą pary z ust puścić lub z namaszczeniem poddają się wodolejstwu nie mającemu za wiele wspólnego z rzeczywistością. I robią to naprawdę bardzo dobrze. Jako, że sam jestem lekko skrzywiony na punkcie drążenia w ziemi i szukania w niej odpowiedzi na wiele zadanych pytań, rzuciłem się na książkę niczym satanista na czarnego kota spotkanego ciemną nocą na cmentarzu. Połknąwszy ją w czasie krótszym niż powiedzenie „naleśniki z serem”, mogę stwierdzić i stwierdzam z całą stanowczością, że książka ta warta jest uwagi w dwójnasób. Po pierwsze, jest to dokument, podparty faktami, przypisami, źródłami, zdjęciami, który prawi o rzeczach opisywanych w sposób rzeczowy i obiektywny do bólu. Nie daje się zapędzić w jakieś spiskowe teorie, po usłyszeniu których się aż paznokcie marszczą. Po drugie, rzecz jest bardzo fajnie napisana, jest to dokument, ale nie uśniemy ani nie zeschniemy się w fotelu na śmierć, z powodu języka jakim jest pisany. Zbyt często miałem do czynienia z pozycjami, w których autor, słowo daje, mógł równie dobrze mówić o tym, jak przyrządzić smakowity sos z cebuli w jakiejś górskiej pustelni w dalekim Tybecie. Nie rozumiało się w tej plątaninie niby fachowych dociekań i fantastycznych teorii absolutnie nic. W sumie jest też trzeci powód, biorąc pod uwagę przemijalność życia i niewyobrażalne możliwości zmian w otaczającym nas świecie, a także mając na względzie możliwość, że całym wszechświatem nie kieruje żadna racjonalna myśl, dla którego sądzę, że warto sięgnąć po wyżej wymienioną pozycję. Temat tego dokumentu. Jedna z największych zagadek II wojny światowej, nieodgadniona do dnia dzisiejszego, niczym narkotyk przywołująca do siebie kolejnych śmiałków, gotowych zostawić swoje fortuny i rodziny po to, by w finalnym rozrachunku zostać z ręką w urządzeniu służącym małym dzieciom do defekacji. O czymś takim zawsze warto poczytać.


Autor: Mariusz Aniszewski

Wydawnictwo: Technol


Piotr Kocoń