WITAMY W SERWISIE

"Zapomnianym przez wielu, przez nielicznych wspominanym." Płynący czas nieubłaganie zaciera pamięć o tych, którzy w tamtym czasie walcząc o ocalenie - przegrali. Oddzieleni od swych rodzin, nierozumiejący szaleństwa i zezwierzęcenia jakiego byli świadkiem, często spoglądają na nas ze starych fotografii, pragnąc zachować się w naszej pamięci. To właśnie z myślą o nich powstała ta strona - pomnik, by nikt i nigdy o nich nie zapomniał.

Urugwaj - postrach rumaków Guderiana

          

        Pewnego sobotniego wieczoru pierwszych dni września, nadchodzący mrok zastał pancernego Heinza Guderiana pochylonego w skupieniu nad meldunkami dowódców podległych mu oddziałów. Na jego twarzy pierwsze ślady zostawiało już zmęczenie tego szaleńczego maratonu, w jaki zamienił się pochód jego wojsk. Jedna rzecz nie dawała mu jednak spokoju, w meldunkach, niczym natrętne bzyczenie komara, pojawiała się wciąż wzmianka o podziurawionych jak rzeszoto czołgach.

        - Co ci cholerni Polacy wymyślili? Przecież nie mogą rzucać z taką siłą kamieniami!! – wykrzyczał w pewnym momencie podenerwowany Heinz.

W tym momencie do kwatery wszedł zmęczony i utytłany błotem goniec, trzymając pod pachą teczkę z meldunkami.

        - Melduję dostarczenie meldunków od dowódców poszczególnych dowódców Herr Generaloberst! - wykrzyczał młody Obergefreiter.

Na oko nie miał więcej niż 25 lat, Heinz przyglądał mu się chwilę w skupieniu, mierząc pełnym dezaprobaty spojrzeniem ślady błota i kurzu na mundurze zdyszanego gońca. „Wszystko idzie jak po maśle” – myślał Guderian. Jednak myśl o tajemniczych dziurach w pancerzach, rannych i martwych czołgistach, nie dawała mu spokoju. Mimo ścisłej tajemnicy, zaczęto już szeptać w poszczególnych oddziałach, a plotki zaczęły być tak niedorzeczne, że Guderian wpadał w szał słysząc te wszystkie idiotyzmy na temat nadprzyrodzonych mocy Polaków. „Przecież to cholerni barbarzyńcy” – pomyślał ze złością.

        - Dziękuje Obergefreiter, możecie odejść – powiedział Guderian.

        - Jawohl Herr Generaloberst, Heil Hitler! – wyprężył się na baczność posłaniec.

        - Heil, heil – zmęczony głos Guderiana unosił się przez chwilę w powietrzu…

        Tak mogła, lecz nie musiała, wyglądać rzeczywistość pierwszych dni września. Niemieccy żołnierze karmieni przez propagandę i młodszych, niedoświadczonych dowódców informacjami o polskiej armii, w wielu miejscach musieli zweryfikować swoje przekonania i pogodzić się z faktem odwagi polskiego żołnierza. Polscy dowódcy wiedząc, że taktyka utrzymywania za wszelką cenę pozycji spali na panewce, postanowili wycofywać systematycznie swoje oddziały w głąb kraju, nękając z podjazdów maszerującą machinę Wehrmachtu. Wykorzystywali do tego znajomość terenu, mobilność swoich oddziałów, odwagę i bitność polskiego wojaka, a także nowinki techniczne, które czasem były niemiłą niespodzianką dla wroga. Tak było i z tajemniczym „Urugwajem”. Nie, nie był to sojusznik Rzeczypospolitej zza oceanu, nie dostarczał ani wojsk, ani sprzętu walczącej Polsce. Ale użyczył nazwy swojego kraju dla pewnego karabinu. Idea broni przeciwpancernej rozwijała się bardzo szybko, wraz z wzrastającym znaczeniem samej broni pancernej. Nie można było rzucać w czołgi kamieniami, ani strzelać do nich ze zwykłego karabinu, bo bardzo szybko dzielny żołnierz spróbowawszy takiego sposobu rozpadał się na atomy, za sprawą pocisku wystrzelonego z lufy czołgu. Oprócz standardowych środków do niszczenia czołgów, wojskowy światek pracował nad bronią o wiele mobilniejszą, której obsługa nie będzie sprawiała zbyt wielkich problemów dla zwykłego szeregowego. Wykoncypowano sobie, że skoro pocisk karabinowy skutecznie razi piechociarza, to dlaczego nie miałby razić z podobną skutecznością czołgu? Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Mimo to prace nad koncepcją karabinu przeciwpancernego ruszyły pełną parą w wielu państwach świata. Jednak bardzo szybko napotkano problemy – żeby przebić pancerz, potrzebna była o wiele szybsza prędkość wylotowa pocisku z lufy, sam pocisk musiał być obmyślony od podstaw. Pozostawały problemy, jakie zazwyczaj towarzyszą posługiwaniu się zwykłym karabinem – szybkostrzelność, magazynek, trwałość i oczywiście odrzut. Ten ostatni był sporym problemem i zniechęcił wielu inżynierów – był po prostu tak duży, że łamał strzelającemu obojczyk i używanie takiej broni było średnio bezpieczne. Ale polscy inżynierowie nie zniechęcili się tak łatwo, po raz kolejny pokazując, że gdyby mieli odpowiednie środki i czas, bylibyśmy jako państwo potęgą. Opracowali swoją własną konstrukcję, o niewiele dla zwykłego śmiertelnika mówiącej nazwie, wz.35, potocznie zwany Ur. Jak się domyślamy, jest to skrót od nazwy Urugwaj, dlaczego o tym za chwilę.

        Mniejsza o suche schematy, których i tak nikt kto nie obraca się na co dzień z bronią, nie zrozumie. Czym różniła się ta broń od innych i co powodowało, że była nad wyraz skuteczną konstrukcją? Po pierwsze – duża prędkość wylotowa pocisku, którą uzyskiwano dzięki silnemu ładunkowi prochowemu i długiej lufie. Wymagało to niestety rozwiązania problemów z zużywaniem się lufy i zakleszczaniem łuski wskutek działania wysokich ciśnień. Ostatecznie lufa miała wytrzymałość 300 strzałów, a problem zakleszczania rozwiązano stosując ulepszone naboje. Po drugie inny niż normalnie używany w tego rodzaju broni nabój. Polacy używali pełno płaszczowych pocisków ołowianych, miast pocisków rdzeniowych, o wiele bardziej popularnych w innych podobnych konstrukcjach. Co to oznacza? Przede wszystkim kaliber zbliżony do zwykłego karabinu, czyli 7,92 mm. Konstrukcja pocisku sprawiała, że przy uderzeniu w pancerz pod płaskim kątem nie rykoszetował on, a „przyklejał” się jak plastelina, wybijając otwór w pancerzu. Takie były najistotniejsze różnice, które taki laik jak ja, zrozumiał w pełni. Pozostałych schematów zamków, magazynków, spłonek itp. nie będę tu przytaczał, można to dość łatwo znaleźć, chociażby w Internecie. Mnie bardziej interesowało, jako miłośnika historii, jaka była skuteczność takiej broni w walce. Dla Niemców zatrważająca i nie zdziwię się, jeżeli butnym z początku załogom pancernych rumaków Guderiana, śnił się on po nocach. Z odległości 100 metrów przebijał on bowiem praktycznie każdy pancerz jaki był dostępny w tamtym okresie – nie opierało się mu nawet 33 mm. Włosi, którzy po klęsce wrześniowej dostali go od Niemców w spadku, twierdzili, że z tej odległości szans nie miała płyta o grubości nawet 4 cm. Niestety 100 metrów nie jest zbyt bezpieczną odległością od szarżującego czołgu, więc gdy strzelec oddalił się na 300 metrów, musiał się liczyć z ponad pięćdziesięciu procentowym spadkiem skuteczności. Mimo wszystko i tak był to wynik imponujący. Co to w praktyce oznaczało? Że dziurawił wszystko co miało gąsienice, niezależnie od tego jakie emblematy na boku posiadało. Ani niemiecki, ani radziecki czołg nie posiadał na tyle grubego pancerza, żeby powstrzymać przed wizytą „małego gościa”, w swoim wnętrzu. I jeżeli ten nadlatywał z odległości bliższej niż 100 metrów, nie pozostawało nic innego jak głośno się modlić. Niestety, do wojny przygotowywaliśmy się zbyt późno, poza tym nie byliśmy mocarstwem o nieograniczonym dostępie do surowców, które w dodatku posiadałoby nieograniczone fundusze. Mimo wszystko dobrze, w zamyśle dowódców polskich, byłoby mieć jakiegoś asa w rękawie, który użyty w odpowiednim momencie, spowodowałby niekontrolowaną biegunkę u wroga. I patrząc z perspektywy czasu, to się chyba najlepiej udało. Do samego końca, zarówno pracę inżynierów, pod przewodnictwem Józefa Maroszka, jak i próby tej broni, udało się zachować w całkowitym sekrecie. Stąd nazwa Urugwaj – taki był teoretycznie cel eksportu zawartości skrzynek. Żołnierze, którzy mieli okazję poznać swoją nieporęczną, nową towarzyszkę doli musieli przysięgać, że to co robią i z czego strzelają, pozostanie sekretem.

 

        Jednak pomysł mimo iż dobry, miał również ten drugi koniec, który okazał się być lekkim strzałem samobójczym. Tajność zadziała w obie strony, sprawiając, że wróg o broni nie wiedział, niestety własny żołnierz również miał z tym problemy. Do poszczególnych oddziałów docierała ona szczelnie zapakowana w skrzynie, na których widniał napis „Nie wolno otwierać – sprzęt mierniczy” lub „Nie otwierać – sprzęt optyczny”. Jakikolwiek by on nie był spowodował, że zwykły polski żołnierz obsługi karabinu często uczył się w bojowych warunkach. Co do ilości jaka trafiła na pierwszą linię z dniem 1 września, istnieją duże rozbieżności. Jedne źródła podają, że było to około 3500 karabinów, inne że grubo ponad 6000. Podobnie sprawa ma się z używaniem jej na polu walki – według jednych sporadycznie, a według innych całkiem powszechnie. Jakby nie było, zagrożenie jakie sobą niosła wnet spędziło zdrowy, pruski sen z oczu samego Guderiana, który prosił o wzmocnienia pancerza czołgów ruszających do Blitzkriegu na Polskę. Po klęsce wrześniowej duże ilości tej broni zostały przez Niemców przejęte i nazwane trudną do wymówienia nazwą, przypominającą odgłos kota wpuszczonego do wyżymaczki, w skrócie PzB 35(p). Później, część tego zasobu przypadła w posiadanie Włochom, którzy korzystali z niej często na różnych frontach, gdzie z kolei dostęp do niej uzyskiwali z całą pewnością alianci. I tak polscy inżynierowie pokazali światu, że jak coś się chce to można. Lecz jak to zwykle bywa niestety, zbyt dużego pożytku z pomocy „Urugwaja” nie mieliśmy. Jakkolwiek zapisał się on trwale w historii drugo wojennego konfliktu, stanowiąc lekko zapomniany, lecz mimo to ważny element walki w nowym, zmechanizowanym świecie.


Dane techniczne

Kaliber : 7,92 mm

Nabój : 7,92 x 107 mm DS.

Długość : 1760 mm

Długość lufy : 1200 mm

Waga : 9,5 kg – bez amunicji

Prędkość początkowa pocisku : do 1275 m/s

Szybkostrzelność : 8 - 10 strz./min

Przebicie pancerza : 33 mm – ze 100 metrów; 15 mm – z 300 metrów

*Źródła : Broń strzelecka Wojska Polskiego 1918-39. Warszawa: Wydawnictwo MON, 1986; www. wpk.p.lodz.pl/~bolas/main/uzbrojenie/karabiny/ur.htm


Piotr Kocoń