WITAMY W SERWISIE

"Zapomnianym przez wielu, przez nielicznych wspominanym." Płynący czas nieubłaganie zaciera pamięć o tych, którzy w tamtym czasie walcząc o ocalenie - przegrali. Oddzieleni od swych rodzin, nierozumiejący szaleństwa i zezwierzęcenia jakiego byli świadkiem, często spoglądają na nas ze starych fotografii, pragnąc zachować się w naszej pamięci. To właśnie z myślą o nich powstała ta strona - pomnik, by nikt i nigdy o nich nie zapomniał.

Sztandar chwały / Flags of Our Fathers



        Każdy postronny, lecz uważny obserwator, zwróci swą uwagę na pewien charakterystyczny wyróżnik każdej bijatyki, potyczki, bitwy czy wojny, jakim jest chaos. Ten stary nieodłączny towarzysz człowieka, począwszy od czasów, kiedy ten po raz pierwszy wyszedł z jaskini, ażeby zdzielić maczugą po głowie innego jaskiniowca, aż po obecne czasy, kiedy to maczugę zastąpił potężny karabin, paraliżował działania na arenie walki. Wkradał się do każdego okopu, siekąc odłamkami i świszczącymi kulami dezorganizował często plany dowódców i utrudniał przetrwanie żołnierzy. Jeśliby się głębiej zastanowić, to chaos jest obecny w naszym życiu niemalże na każdym kroku. Oczywiście, nie jest taki pewny siebie jak podczas wojny, ale swoje trzy grosze wtrąca z denerwująca manierą zawsze. Tym razem, chaos postanowił zyskać trochę obycia w świecie sztuki, wkradając się na plan i do głów twórców „Sztandaru chwały”.

        I poczynił tam odrobinę za dużo zamieszania. Jako, że nie lubię taniego krytykanctwa, gdzie napalony osobnik się takowym parający, plecie bzdury, postaram się obiektywnie powiedzieć o co mi, hm…, chodzi, jak zapewne niektórzy z was się zapytają. Ano zasiadłszy zmęczony przed szarym pudłem, otępiającym zbyt często nasze dusze, chciałem jednego – porządnego kopa energii w postaci porywającego filmu wojennego. Dlatego wodząc łakomym wzrokiem po okładkach filmów prężących się dumnie na półce, znalazłem tytulik, mogący z dumą powiedzieć innym – „W moim powstaniu maczał palce geniusz”. Wiadomo, Clint Eastwood nigdy nie szedł na jakieś wątpliwe kompromisy w kwestii filmów, robiąc i grając zawsze w tym, co chciał. Nawet jeśli nie było to jakieś mega dochodowe przedsięwzięcie. Wystarczy, że ten wysoki człowiek rodem z San Francisco, pojawił się na ekranie, pomrużył trochę oczy, zdjął i założył kapelusz, po czym wypalił z 45-ki w bandziorów kupę, a już wszyscy niemal ekstatycznie zaciskaliśmy powieki.

  

        Spodziewając się czegoś niesztampowego i tym razem, przecierałem swe oczyska widząc znienawidzoną przez mnie rzecz – „spowolnienie akcji, poprzez wtrącenie w najmniej odpowiednim do tego momencie, wątku psującego przyjemność oglądania”. Podobnie działają reklamy, czając się w naszych telewizorach na moment, w którym wciągając ze świstem powietrze przed finalną akcją wyzwalania zakładników, jesteśmy najbardziej podatni na zawał, wybuch gniewu lub płacz. Zależy, co taka reklama w nas wyzwoli. Ale wracając do filmu Clinta, chce powiedzieć, że nie jest to broń Boże, film zły. Co to, to nie. Po prostu zupełnie czego innego się spodziewałem, mając przed oczyma obejrzanego wcześniej brata bliźniaka – „Listy z Iwo Jimy”.

        To nachalne przerywanie akcji, poprzez wstawki pokazujące nam, jak to nasi bohaterowie zachwalają w USA obligacje wojenne, zepsuło mi całą przyjemność z oglądania filmu i niemal uśpiło. Tak naprawdę, to same momenty bitwy możemy potraktować jako wstawkę, bo przez cały niemal czas podróżujemy po Ameryce, coraz to innym pociągiem. Nie tego oczekiwałem i to uważam za największy minus tego filmu. Żeby jednak nie być zgredem do dziesiątej potęgi, który dla narzekania, widzi jeno sens oglądania filmów, powiem o niewątpliwych plusach tego widowiska. Te krótkie momenty, w których akcja toczy się na polu bitwy, są zrobione fenomenalnie. Wirtuozeria pełną gębą. Jako reżyser, Clint posiada dar przekazywania nam, widzom, w mocny sposób tego co czują jego bohaterowie. Jeśli chodzi o budowanie dramatyzmu i rysowanie charakterów postaci, to „Brudny Harry” jest w tym niekwestionowanym mistrzem. I jako dramat, czysty dramat, pokazujący bezsens wojny i dewaluację wartości tego co ważne na polu bitwy, a co w świecie oddalonym od wybuchów jest traktowane z totalnym brakiem szacunku i zrozumienia, to jest to dzieło mistrzowskie. Jako film stricte wojenny, tak dobrze już nie jest. Mimo wszystko warto, dlatego chociażby, jeśli już nie znajdziemy innego powodu, aby wyrobić sobie zdanie o bliźniaczej produkcji, patrzącej na świat z japońskiej perspektywy. Bardziej ważne jest jednak to, w jaki sposób, mimo upływu lat, Clint traktuje swoje dzieci, jakimi są filmy. Do żadnego z nich nie podchodzi na pół gwizdka i nie odrabia nigdy pańszczyzny. Każdy niesie ze sobą magiczny pierwiastek, który w momencie kiedy go uchwycimy, da nam niewątpliwą przyjemność z obcowania z filmem. Czy w tym przypadku jest on również tak magiczny? Moim skromnym zdaniem, nie. Ale niewątpliwie jest obecny, dzięki czemu choć w niewielkim stopniu, chaos na ekranie został opanowany…


Produkcja : USA

Rok produkcji : 2006

Gatunek : Dramat wojenny

Reżyser : Clint Eastwood

Obsada : Ryan Phillippe, Jesse Bradford, Adam Beach, John Slattery, Barry Pepper, Paul Walker

Dystrybutor : Galapagos


Piotr Kocoń